DWUTYGODNIK dzielnicy URSUS, miasta PIASTÓW, miasta PRUSZKÓW, gminy MICHAŁOWICE, miasta i gminy OŻARÓW MAZOWIECKI

Licznik gości

  • Gości na stronie: 0
  • Odsłon łącznie: 0
facebook

Burmistrz Dzielnicy Ursus na szczycie Europy

9 sierpnia 2019 roku około godziny 13:15 – ja, mój przyjaciel Michał Stępniewski oraz przewodnik, a dziś również przyjaciel – Paweł Kunachowicz, stanęliśmy na szczycie – powiedział nam Bogdan Olesiński – burmistrz Dzielnicy Ursus m.st. Warszawy. Nie o byle jaki szczyt chodzi, bo o najwyższą górę Europy.

Gratulujemy serdecznie! Wspiąć się ponad 4800 m. n.p.m. to nie lada wyczyn. Wielu śmiałków, niestety, przypłaciło wyczyn życiem. Nawet himalaiście Wojciechowi Kozubowi nie dało się nigdy powrócić z wyprawy... Czy Mont Blanc to pierwszy kilkutysięcznik Burmistrza?

Bardzo dziękuję, rzeczywiście nasza wyprawa zakończyła się sukcesem, z czego jestem bardzo szczęśliwy. Tym bardziej, że prognozy pogody, które początkowo były korzystne, zmieniały się z godziny na godzinę na naszą niekorzyść. W konsekwencji aklimatyzacja była bardzo krótka i w dodatku odbywała się w strugach deszczu. To sprawiło, że było to najtrudniejsze, choć nie najwyższe wejście na szczyt w moim życiu. Zaczynałem, jak chyba wszyscy, od naszych Tatr po polskiej i słowackiej stronie, dwukrotnie byłem na Rysach, trochę wspinałem się we włoskich Dolomitach, a w zeszłym roku dotarłem na najwyższy szczyt Afryki – Kilimanjaro (5895 m n.p.m.).

Gdzie i jak długo przygotowywał się Pan do wyprawy? Może ma Pan za sobą jakiś kurs turystyki wysokogórskiej?

Do wycieczki w Alpy przygotowywałem się zbyt krótko i za mało wysiłku włożyłem w uzyskanie lepszej kondycji, co „wylazło” w trakcie wspinaczki. Trochę biegałem, trochę jeździłem na rowerku stacjonarnym, no i kiedy tylko miałem wolną środę, grałem z kolegami w piłkę. Na szlaku okazało się, że to wszystko za mało. Szczęśliwie w marcu w Tatrach wziąłem udział w kursie zimowej turystyki wysokogórskiej, co trochę przygotowało mnie do alpejskich warunków. Mont Blanc jest już górą wymagającą zarówno kondycji, jak i nieco umiejętności wspinaczkowych, a także zachowania się w warunkach zimowych, pomimo pełni lata.

Podejrzewam, że nie obyło się bez specjalistycznego sprzętu: lin, czekanów, kasków?

Tak, na niektórych odcinkach wchodzenia konieczne są kaski, na niektórych trzeba iść w rakach i na linach, a także dla bezpieczeństwa używać czekana. Dla wygody używałem również kijków do nordic walking. Wspinaczka jest bardzo różnorodna, a zmienne warunki pogodowe wymagają, aby każdy z tych sprzętów mieć pod ręką. Jeden raz przydał mi się czekan, kiedy wywróciłem się na grani i wykonałem klasyczne hamowanie czekanem. Na szczęście, byłem też zabezpieczony liną, którą kontrolował Paweł.

Ile dni trwała Wasza wspinaczka i którą drogę na szczyt wybraliście? Gouter, 3M, Włoską, Grands Mullets? Czy mieliście przewodnika?

Zacznę od przewodnika. Naszym był Pan Paweł Kunachowicz, doskonały przewodnik i mogę powiedzieć – przyjaciel, osoba, która na Mont Blanc wchodzi kilkadziesiąt razy w ciągu roku. Zna świetnie trasę, zmienne alpejskie warunki i całkiem dobrze ludzką psychikę i nieźle odczytuje ludzkie możliwości. Wybraliśmy drogę przez dwa schroniska: Tête Rousse i Goûter. Pierwszego dnia, po około pięciu i pół godzinach marszu i wspinaczki, późnym popołudniem dotarliśmy do schroniska Tête Rousse. Następnego dnia, o czwartej rano, wyszliśmy w kierunku schroniska Goûter. Chodzi o to, żeby o świcie, zanim zacznie intensywnie świecić słońce, przejść przez Grand Couloir. To bardzo niebezpiecznie miejsce ze względu na sypiące się kamienie wielkości od ludzkiej pięści po niewielki samochód osobowy. Te luźne kamienie leżące na górze są spojone lodem i kiedy słońce świeci intensywnie, roztapia się lód i powoduje to niekontrolowane niewielkie, ale częste osuwiska. Przed dziewiątą dotarliśmy do schroniska Goûter, gdzie zostawiliśmy zbędne rzeczy, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w kierunku szczytu. Po drodze, nie kontrolowałem o której, na krótki odpoczynek zatrzymaliśmy się w schronie leżącym mniej więcej w połowie drogi do szczytu. Szybki łyk herbaty, kanapka, i ruszyliśmy dalej. Po około dwóch i pół godzinach dotarliśmy na szczyt. Zejście do schroniska Goûter bez dłuższych przerw, zajęło nam około trzech i pół godziny. Tu zanocowaliśmy, aby w sobotę o trzeciej trzydzieści wstać i być gotowym do wyjścia i pokonania przed dużym słońcem tej rynny z lecącymi kamieniami.

Jak wyglądały warunki pogodowe? Góra ponoć słynie ze zmiennej pogody

Zmieniały się rzeczywiście bardzo. Śledziliśmy non stop prognozy, z których wynikało, że trafimy na wyjątkowo korzystne okienko pogodowe. Niestety, im bliżej było do dnia wyjazdu, warunki się pogarszały. W trakcie aklimatyzacji cała środa wypadła nam z przygotowań ze względu na ulewny deszcz. W drodze na szczyt deszcz padał rzadko, za to występował bardzo niski pułap chmur i koszmarne mgły. W drodze powrotnej, w sobotę, od świtu trwała burza z piorunami i tak ulewnym deszczem, że zdecydowaliśmy się przeczekać ją w schronisku do poprawy pogody. Schodziliśmy w dół już bez piorunów, ale z padającym dość intensywnie przelotnym deszczem. Dopiero poniżej 3 tys. metrów pogoda się poprawiła. A na dole, w miejscowości Les Houches, czekała na nas piękna słoneczna pogoda.

Jakie momenty zdobycia szczytu były dla Pana najtrudniejsze?

Końcowa droga i sam szczyt to niezbyt szeroka grań (około 50 cm) ze stromymi zboczami po obu stronach. Marsz po takiej grani w warunkach bardzo gęstej mgły był bardzo trudny i odbierał całą frajdę ze spodziewanych pięknych, alpejskich widoków. Najbardziej dokuczał mi odcinek od schronu do samego szczytu, i wbrew pozorom, droga powrotna do schroniska Goûter. Po prostu po kilkunastu godzinach marszu, byłem już bardzo wyczerpany. Muszę tu jeszcze raz podkreślić, że gdyby nie udzielane mi wsparcie przez Pawła i Michała, to nie wiem, czy wyprawa zakończyłaby się zdobyciem szczytu. Jestem moim przyjaciołom bardzo wdzięczny, szczególnie za doping i wsparcie w najtrudniejszych momentach. Również asekuracja, która dawała poczucie bezpieczeństwa, miała ogromne znaczenie. Paweł to doskonały przewodnik, a z Michałem można wybrać się na najtrudniejszą wyprawę.

Czy ma Pan kolejne plany wspinaczkowe? Może Koronę Ziemi?

Realnie oceniam swoje możliwości [nie tylko kondycyjne:) ], i nie mam tak ambitnych planów. Planuję za jakieś dwa lata wspiąć się na Aconcaguę, a tak przed emeryturą wejść na Górę Kościuszki. Może jeszcze Elbrus, jeśli będzie okazja? Zobaczymy, czy zdrowie i żona pozwoli :).

Rozmawiała Agnieszka Gorzkowska

MS 14-15/2019, 22 sierpnia 2019